Czy da się ograniczyć szczęście pozorne, zwyczajne dla uzyskania większego, szczególnego? Teoretycznie jest to pewnie możliwe ale zastanawiam się czy przez zabieranie sobie/komuś radości z życia codziennego a dawanie szczęścia np. w miłości może on się nadal z niego cieszyć, a przynajmniej w pełni. Przykładowo najważniejsze dla każdego jest życie, ale to nie prawda, najważniejsza jest cała "otoczka" jeśli ktoś nie potrafi nawet myśleć czy patrzeć przez jakąś chorobę to czy cieszy się on z życia? Nie. Bo nie patrzy ale nie może zobaczyć. Bo czuje ale nie poznaje. Nie cieszymy się z sukcesu bez pracy na niego. Wydaje mi się, że w życiu może jednak być inaczej. Że pomimo zrezygnowania z pokus, spotkań czy znajomych (obojętne) dla kogoś/czegoś, może nam to nadal zrekompensować cały ból związany z ograniczeniem.
Przeraża mnie zabobonność, ignorancja i arogancja, czasem mam wrażenie, że inni ludzie są przewlekle zdziwieni faktem, iż jestem dla nich zwyczajnie miły czy też kulturalny. Specjaliści, różnej maści usługodawcy są zdziwieni, że traktuje ich poważnie, profesjonalnie. Czasem zastanawiam się, jak musi wyglądać przeciętna interakcja takich osób, jeśli moja, zdaje mi się, przeciętna kultura w kontakcie z nimi stanowi takie zaskoczenie. Jaki świat tworzą osoby, które tak się zachowują, co ich otacza. Najsmutniejsze są chyba zwierzęta, które przy okazaniu odrobiny czułości i miłości wewnętrznie ożywają, oddając tę miłość, jak tylko mogą. Czy inni są tak nieczuli, czy też ja przesadnie emocjonalny? Nie potrafię wyobrazić sobie świata, w którym miałbym nie kochać, chwil, miejsc, ludzi, zwierząt, wszystko to zapewnia tak wiele radości, na tak wielu płaszczyznach. Porażki, czy też momenty załamania, przynajmniej z obecnej perspektywy wydają się być jedynie małymi przerwami, drob...
Komentarze
Prześlij komentarz