Cześć, znowu :) po naprawdę długiej przerwie postanowiłem (ku niemałej radości) coś napisać.
Otóż jak już pewnie wspominałem, zostałem raczej wychowany przez matkę i jak już pewnie wspominałem to nie była wina taty, a piszę o tym tak dużo razy gdyż jest i był to kluczowy punkt w początkach samodzielnego tworzenia mnie i mojego zachowania, generalnie mojego charakteru. A to o czym chcę dzisiaj napisać jest z tym ściśle związane i dosyć... dziwne. Praktycznie zawsze jak spotykam osoby w jakikolwiek sposób niepełnosprawne czy fizycznie czy umysłowo to za każdym razem czuje jak coś się we mnie zachodzi, rzecz jasna negatywnego, tak jakby za każdym razem coś raniło mnie od środka, oczywiście to nie jest tak mocne jak jakieś nagłe sytuacje czy coś w ten desen ale tak jedno po drugim coraz bardziej się powiększa, przynajmniej tak mi się wydaje i to jest chyba główny powód dla którego nie jestem w stanie uwierzyć w żadną religię/boga. Wydaje mi się też, że to jeden ze skutków wychowania przez mamę, jestem bardziej skłonny do współczucia i dobroci samej w sobie (mam nadzieję, że wiecie, że tu nie chodzi o komplementowanie mojej osoby) niż normalny mężczyzna, co rzecz jasna nie musi mi się podobać. Już dawno stwierdziłem że nie będę walczyć z tymi wewnętrznymi cechami mojego charakteru, które się mocno "zakorzeniły" a nie wiem czy mi pasują, jestem jaki jestem, potrafię siebie zaakceptować, przynajmniej na razie. Ale mocno podbudowywuje mnie fakt że najbliższe mi osoby mnie akceptują (przynajmniej na razie ;d )
No to by było na tyle, mam nadzieję, że nie zjechałem z tematu tak bardzo jak mi się wydaje :)
Otóż jak już pewnie wspominałem, zostałem raczej wychowany przez matkę i jak już pewnie wspominałem to nie była wina taty, a piszę o tym tak dużo razy gdyż jest i był to kluczowy punkt w początkach samodzielnego tworzenia mnie i mojego zachowania, generalnie mojego charakteru. A to o czym chcę dzisiaj napisać jest z tym ściśle związane i dosyć... dziwne. Praktycznie zawsze jak spotykam osoby w jakikolwiek sposób niepełnosprawne czy fizycznie czy umysłowo to za każdym razem czuje jak coś się we mnie zachodzi, rzecz jasna negatywnego, tak jakby za każdym razem coś raniło mnie od środka, oczywiście to nie jest tak mocne jak jakieś nagłe sytuacje czy coś w ten desen ale tak jedno po drugim coraz bardziej się powiększa, przynajmniej tak mi się wydaje i to jest chyba główny powód dla którego nie jestem w stanie uwierzyć w żadną religię/boga. Wydaje mi się też, że to jeden ze skutków wychowania przez mamę, jestem bardziej skłonny do współczucia i dobroci samej w sobie (mam nadzieję, że wiecie, że tu nie chodzi o komplementowanie mojej osoby) niż normalny mężczyzna, co rzecz jasna nie musi mi się podobać. Już dawno stwierdziłem że nie będę walczyć z tymi wewnętrznymi cechami mojego charakteru, które się mocno "zakorzeniły" a nie wiem czy mi pasują, jestem jaki jestem, potrafię siebie zaakceptować, przynajmniej na razie. Ale mocno podbudowywuje mnie fakt że najbliższe mi osoby mnie akceptują (przynajmniej na razie ;d )
No to by było na tyle, mam nadzieję, że nie zjechałem z tematu tak bardzo jak mi się wydaje :)
Komentarze
Prześlij komentarz