Przez całe ostatnie wydarzenia a właściwie życie doszedłem do wniosku, że (niestety) ludzie, którzy dają nam najwięcej szczęścia dają też najwięcej smutku, nie mówiąc tu o rodzinie. Nie zamierzam tu pisać jaki jestem smutny czy wstawiać jakieś dołujące piosenki, bo wyrosłem (co też jest do dyskusji) z tego i w sumie to się cieszę ale to wcale nie znaczy, że jestem optymistą. Po prostu żyję z dnia na dzień stosownie do sytuacji/miejsca/ludzi i wiem, że tak ma większość osób ale tylko do pewnego stopnia, a ja praktycznie całkowicie. I dawniej, jak łatwo sobie to pomyśleć, w tym całym dobieraniu zatraciłem albo zapomniałem siebie, tego prawdziwego. W zasadzie to nie wiem czy jest on jeden ale lepiej mi żyć z myślą, że jest po prostu kilka "mnie" i pogodzić się z tym a nie iść w zaparte. Wpis krótki bo totalnie nie mam humoru ale miałem jakąś dziwną chęć napisania czegokolwiek, jakimś cudem mnie to pociesza/zajmuje, nie wiem jak to nazwać. W zasadzie niczego już nie wiem i nikogo nie jestem pewien.
Przeraża mnie zabobonność, ignorancja i arogancja, czasem mam wrażenie, że inni ludzie są przewlekle zdziwieni faktem, iż jestem dla nich zwyczajnie miły czy też kulturalny. Specjaliści, różnej maści usługodawcy są zdziwieni, że traktuje ich poważnie, profesjonalnie. Czasem zastanawiam się, jak musi wyglądać przeciętna interakcja takich osób, jeśli moja, zdaje mi się, przeciętna kultura w kontakcie z nimi stanowi takie zaskoczenie. Jaki świat tworzą osoby, które tak się zachowują, co ich otacza. Najsmutniejsze są chyba zwierzęta, które przy okazaniu odrobiny czułości i miłości wewnętrznie ożywają, oddając tę miłość, jak tylko mogą. Czy inni są tak nieczuli, czy też ja przesadnie emocjonalny? Nie potrafię wyobrazić sobie świata, w którym miałbym nie kochać, chwil, miejsc, ludzi, zwierząt, wszystko to zapewnia tak wiele radości, na tak wielu płaszczyznach. Porażki, czy też momenty załamania, przynajmniej z obecnej perspektywy wydają się być jedynie małymi przerwami, drob...
Komentarze
Prześlij komentarz